«Pod postacią ciała»

- 2 -

W to popołudnie, gdy miał zginąć jej mąż, weszła do laboratorium biologicznego pogwizdując. Na zewnątrz ostre światło słoneczne rzucało złotawe błyski, odbijając się od pylistego gruntu, od ścian prefabrykatowych budynków skupionych wokół lądowiska wahadłowca, który przetransportował ludzi i sprzęt z orbity, po której krążył Nowy Świt, od stojących śmigaczy i grawisani używanych do celów komunikacyjnych na wyspie — jedynej nadającej się do zamieszkania części tej planety — a także od mężczyzn i kobiet. Za palisadą zaś wierzchołki drzew owocowych, prześwitujące ściany lepianek, szmer głosów i szelest kroków, gorzki zapach palonego drewna — wszystko to zdradzało, że między bazą i jeziorem Zelo rozciągało się kilkutysięczne miasto.

Laboratorium biologiczne zajmowało więcej niż połowę baraku, w którym mieszkali Sairnowie. Na wygody nie można było liczyć w sytuacji, gdy planety należące ongiś do imperium galaktycznego odwiedzały jedynie statki nielicznych ras walczących o powrót do cywilizacji. Evalyth jednak wystarczało, że był to ich własny dom. Gdy spotkała Donliego na Krakenie, ujął ją przede wszystkim tą wesołością, z jaką on, człowiek z Athei, o której powiadano, że zachowała lub odzyskała prawie wszystkie udogodnienia, jakimi w czasach świetności dyspono­wała Stara Ziemia, przystał na życie w jej ubogiej, smutnej ojczyźnie.

Siła ciążenia wynosiła tu 0,77 G, mniej niż dwie trzecie tego, do czego nawykła. Łatwo przeciskała się wśród kłębowiska aparatury i pojemników z okazami. Evalyth była przystojną, dobrze zbudowaną młodą kobietą, może o zbyt mocnej sylwetce jak na gusta większości mężczyzn spoza własnej rasy. Tak jak jej rodacy miała jasne włosy, a nogi i przedramiona pokryte zawiłym tatuażem; tak jak oni nosiła u pasa miotacz służący wielu już pokoleniom wojowników. Jednak poza tym odrzuciła tradycyjny strój Krakeńczyków na rzecz prostych kombinezonów stanowiących odzież członków wyprawy.

Jakże przyjemnie chłodne i ciemne było wnętrze baraku! Westchnęła z rozkoszą, usiadła i włączyła odbiornik. Serce jej lekko drgnęło, gdy zaczął się formować trójwymiarowy obraz i rozległ się głos Donliego:

— … wydaje się, że to potomek koniczyny.

- 2 -