«Księżyc Łowcy»

- 1 -
Poul Anderson Księżyc Łowcy

Rzeczywistości nie postrzegamy, rzeczywistość jest naszym zamysłem. Odmienne przypuszczenia mogą doprowadzić do katastrofalnych zaskoczeń. Ten powtarzany bez końca błąd stanowi źródło tragicznej natury historii.

Oskar Haeml, Betrachtungen uber die menschliche Verlegenheit.

Oba słońca zniknęły już za horyzontem. Widniejące na zachodzie góry stały się już falą czerni, nieruchomą, jak gdyby dotknął ich i zmroził chłód Zaświatu, gdy jeszcze się wznosiły na pierwszą morską przeszkodę po drodze ku Obietnicy; ale niebo nad nimi stało purpurowe, ukazujące jedynie pierwsze gwiazdy i dwa małe księżyce, srebrzyste sierpy w ochrowej obwódce, niczym sama Obietnica. Na wschodzie niebo pozostało jeszcze błękitne. Tutaj, niewysoko ponad oceanem, Ruii jaśniał nieomal pełnym blaskiem. Jego pasy błyszczały na tle karmazynowej poświaty. Pod nią drżały wody — świadectwo wiatru.

A’i’ach też czuł wiatr, chłodny i szemrzący. Odpowiadał mu najdrobniejszym włoskiem swego ciała. Potrzebował zaledwie niewielkiego popchnięcia, by utrzymywać stały kurs; wysiłek ten starczał, by dać poczucie własnej siły i jedności ze swym Rojem oraz kierunkiem i celem drogi. Otaczały go kuliste ciała towarzyszy, jarzące się lekko, nieomal zasłaniające mu widok ziemi, nad którą płynęli; był spośród nich najwyżej. Ich zapach życia stłumił wszystkie inne niesione przez wiatr, słodkie i mocne, i brzmiał ich wspólny śpiew, stugłosowego chóru, aby dusze ich mogły się połączyć i stać jednym Duchem, przedsmakiem tego, co oczekiwało ich na dalekim zachodzie. Dziś wieczorem, gdy P’a przejdzie przez tarczę Ruii, powróci Czas Blasku. Już się wszyscy na to cieszyli.

- 1 -