«Pomniejsze bóstwa»

- 5 -

Brutha odwrócił się jeszcze raz, bardzo powoli. Ogród nadal był pusty.

Brutha rzucił się do ucieczki.

Wiele opowieści zaczyna się na długo przed swym początkiem, a historia Bruthy sięga tysiące lat przed jego narodziny.

Na świecie istnieją miliardy bóstw. Roją się gęsto jak ławica śledzi. Większość jest zbyt mała, by je zauważyć, i nigdy nikt ich nie czci, w każdym razie nikt większy od bakterii, które się nie modlą i nie mają wielkich wymagań w zakresie cudów.

To są właśnie pomniejsze bóstwa — duchy miejsc, gdzie krzyżują się ścieżki mrówek, bogowie mikrolimatów pomiędzy korzeniami traw. I większość z nich taka już pozostaje.

Ponieważ brakuje im wiary.

Garstka jednak trafia w wyższe regiony. Powodem może być cokolwiek. Pasterz szukający zbłąkanej owcy znajduje ją w krzakach i poświęca minutę czy dwie, żeby wznieść niewielki kamienny ołtarzyk w ogólnej podzięce wszelkim duchom, jakie mogą przebywać w okolicy. Albo jakieś niezwykle ukształtowane drzewo zostanie skojarzone z lekiem na chorobę. Albo ktoś wyryje spiralę na samotnym głazie. Albowiem bogowie potrzebują wiary, a ludzie pragną bogów.

Często na tym się kończy. Ale czasami wydarzenia rozwijają się dalej. Dodawane są następne kamienie, układane kolejne głazy; w miejscu, gdzie kiedyś rosło drzewo, staje świątynia. Bóg wtedy nabiera mocy, wiara wyznawców niesie go w górę jak tysiąc ton paliwa rakietowego. Nieliczni sięgają aż do nieba.

A czasem nawet dalej.

Brat Nhumrod w odosobnieniu swej surowej celi walczył z nieczystymi myślami, kiedy usłyszał rozgorączkowany głos z sypialni nowicjuszy. Młody Brutha leżał plackiem przed posągiem Oma w Jego manifestacji jako gromu, dygotał cały i mamrotał fragmenty modlitw. W tym chłopcu jest coś, co przyprawia o dreszcze, pomyślał Nhumrod. To sposób, w jaki patrzy, kiedy się do niego mówi. Całkiem jakby słuchał.

Podszedł bliżej i szturchnął nowicjusza końcem laski. — Wstawaj, chłopcze! Co właściwie robisz w sypialni w środku dnia, co?

Brutha zdołał jakoś odwrócić się, wciąż leżąc plackiem na podłodze, i chwycił kapłana za kostki.

— Głos! Głos! Mówił do mnie! — zajęczał. Nhumrod odetchnął. No tak… Znalazł się na znajomym terenie. Na głosach znał się doskonale. Słyszał je przez cały czas.

- 5 -