«Blask fantastyczny»

- 5 -
Nie będą tu opisywane, gdyż nawet najpiękniejsze wyglądają jak pomiot ośmiornicy i roweru. Doskonale wiadomo, że stwory z niepożądanych wszechświatów zawsze usiłują wtargnąć do naszego, gdyż stanowi on psychiczny mieszkaniowy odpowiednik bliskich sklepów i lepszych połączeń autobusowych. ">[1]. Trzeba temu zapobiec.

— Potrzebny mi ochotnik — oznajmił stanowczo. Nagle zapadła cisza. Tylko zza drzwi dobiegały jakieś dźwięki. Były to nieprzyjemne ciche trzaski ustępującego pod naciskiem metalu.

— No, dobrze — rzekł Galder. — W takim razie potrzebuję srebrnych szczypiec, kwarty kociej krwi, małego bicza i krzesła…

Mówi się, że cisza jest przeciwieństwem hałasu. Nieprawda. Cisza jest tylko brakiem hałasu. Cisza byłaby straszliwym harmidrem w porównaniu z nagłą, cichą implozją bezdźwięczności, która trafiła magów z siłą wybuchu dmuchawca.

Z księgi wystrzeliła gruba kolumna ostrego blasku, w fali ognia uderzyła o sklepienie i zniknęła.

Galder spojrzał w otwór, nie zwracając uwagi na tlące się kosmyki brody. Dramatycznym gestem wyciągnął rękę.

— Na wyższe piętra! — krzyknął i ruszył biegiem po kamiennych stopniach, klapiąc kapciami i powiewając połami nocnej koszuli.

Inni magowie ruszyli za nim, przewracając się jeden o drugiego w swej gorliwości pozostania w tyle.

Mimo to wszyscy zdążyli zobaczyć, jak ognista kula magicznego potencjału znika w suficie komnaty.

Pomieszczenie to było kiedyś częścią biblioteki, ale przepływająca magia odmieniła na swej drodze wszystkie cząstki prawdopodobieństwa. Dlatego rozsądne wydawało się założenie, że małe fioletowe traszki były wcześniej elementem podłogi, zaś ananasowy budyń — książkami. Kilku magów przysięgało, że siedzący pośród tego chaosu nieduży smętny orangutan przypominał głównego bibliotekarza. Galder spojrzał w górę.

— Do kuchni! — ryknął i pobrnął przez budyń ku schodom.

Nikt nigdy nie wykrył, w co zmienił się wielki piec z lanego żelaza, ponieważ wybił dziurę w ścianie i zdążył uciec, zanim do kuchni wpadła gromada magów w rozwianych koszulach. Głównego specjalistę przyrządzania jarzyn odkryto później w kotle na zupę. Bełkotał jakieś słowa bez związku, w stylu „Kłykcie! Straszliwe kłykcie!”

Ostatnie smugi magii, teraz już powolniejsze, znikały w suficie.

— Do Głównego Holu!

- 5 -