«Namiętność»

- 6 -

Chociaż zaproszenie zabrzmiało ironicznie, gość przyjął je z uśmiechem.

– Chętnie, pod warunkiem, że się do mnie przyłączysz.

Białe zęby nieoczekiwanie błysnęły w uśmiechu, a Amanda poczuła się tak, jakby po szarym, zimowym dniu weszła do ciepłej kąpieli. Zawsze było jej zimno. W wilgotnym, chłodnym klimacie Londynu marzła do szpiku kości i chociaż okrywała się pledami, brała gorące kąpiele, piła herbatę z brandy, wiecznie czuła, że marznie.

– Może napiję się trochę wina. – Sama zdziwiła się, że to mówi. – Niech pan siada, panie… to znaczy, siadaj, Jack. -Obrzuciła go ironicznym spojrzeniem. – Skoro jesteś w moim salonie, to może mi zdradzisz, jak masz na nazwisko.

– Nie – odrzekł cicho. Jego oczy nadal błyszczały wesoło. -Biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się poznaliśmy, dochodzę do wniosku, Amando, że możemy sobie mówić po imieniu.

Nie brakowało mu tupetu! Nieco nerwowym gestem nakazała, żeby usiadł, a sama podeszła do kredensu. Jack jednak stał, dopóki nie napełniła dwóch kieliszków czerwonym winem. Dopiero kiedy usiadła na mahoniowej kanapie, zajął stojący nieopodal fotel. Blask ognia buzującego w białym marmurowym kominku migotał na jego czarnych włosach i złocił gładką, smagłą skórę. Biło od niego zdrowie i młodość. Amanda pomyślała, że Jack chyba jest od niej o kilka lat młodszy.

– Czy mogę wznieść toast? – zapytał.

– Widzę, że masz na to wielką ochotę – odrzekła surowo.

Uśmiechnął się i podniósł kieliszek.

– Zdrowie pięknej kobiety, obdarzonej wielką odwagą i fantazją.

Amanda nie spełniła toastu. Ze zmarszczonym czołem patrzyła, jak gość upija łyk wina. Nie dość, że wtargnął do jej domu i nie chciał wyjść, kiedy go o to poprosiła, to jeszcze robił sobie z niej żarty.

- 6 -